środa, 9 stycznia 2008

Skype na OpenSuse 10.2 x86_64

Zachciało mi się wrzucić Skype na swoim pingwinowym laptopie a tu klops. Skype nie chce banglać na OpenSuse 10.2 .
Po przegooglowaniu kawałka świata okazało się, że skype z rpm, to se mogę w buty schować, b oi tak nie pójdzie. Trze było pokombinować inaczej. Dokładnie już nie pamiętam co i jak, ale mniej więcej żeby Skype działał trzeba zrobić tak:
Pobrać sobie skype jakiś tam 'static', czyli:
wget http://www.skype.com/go/getskype-linux-static
Potem jak się zassa, to trza by to wypakować:
tar -jxf skype_static-1.4.0.118.tar.bz2
No i fajnie jest skype, jak wpiszemy w konsoli ./skype to... no właśnie, to wielkie g... - coś krzyczy, że czegoś tam sobie nie ma.
Żeby skype banglał na naszym 64-bitowym OpenSuse 10.2 trzeba mu dociągnąć cosik z 32 bitow. Generalnie sprawa wygląda tak, że ściągamy libsigc++2-2.0.17-32.i586.rpm:
wget http://ftp.gwdg.de/pub/opensuse/distribution/10.2/repo/oss/suse/i586/libsigc++2-2.0.17-32.i586.rpm
Potem trza by przejść na root'a, żeby móc zrobić to, co za chwilę zrobimy:
su
mc

Tak, to słynny legendarny Midnight Commander. Jest on nam potrzebny, bo ma pewny 'ficzer', o który w innych programikach dość ciężko w dzisiejszych czasach - umożliwia łażenie po rpm'ach tak, jakby to były katalogi. Przyda się nam to, bo musimy cosik wyciągnąć ze ściągniętego przed chwilą rpm'a.
Wchodzimy za pomocą mc do libsigc++2-2.0.17-32.i586.rpm -> CONTENTS.cpio -> opt -> gnome -> lib Jak używasz KDE, to się nie przejmuj, ja też, ale mimo wszystko używamy katalogu 'gnome'. Z katalogu, do którego przed chwilą weszliśmy kopiujemy libsigc-2.0.so.0 oraz libsigc-2.0.so.0.0.0 do katalogu /lib w naszym systemie.
Po skopiowaniu zamykamy mc (klawisz F10). Następnie wpisujemy exit żeby wrócić z root'a na naszego 'normalnego' usera.
Wpisujemy w konsolkę ./skype & i... powinno banglać.
Piszę, że powinno, bo nie mam pojęcia, czy u Ciebie zadziała czy nie. U mnie pomogło, u kolegi też, więc jest duża szansa, że i Tobie pomoże, jeśli masz kłopoty ze Skype'm.
Jeśli chodzi o mnie, to do używania Skype'a u mnie jeszcze daleko z dwóch powodów, a mianowicie dodupnej jakości czy raczej głośności dźwięku oraz jeszcze bardziej dodupnego dostawcy internetu, u którego padu-padu nawet potrafi przymulać (poza przymulaniem własnym).
Gdyby ktoś miał jakieś pytania/uwagi/cokolwiek, to pisać w komentarzach, może przejdzie moderację ;)

sobota, 29 września 2007

Koniec z goleniem nóg!

No tak... w końcu stało się to, co prędzej, czy później stać się musiało.
Zanim posądzicie mnie o jakieś skłonności trans czy coś, przeczytajcie o co chodzi z tym goleniem nóg :)
No ale może od początku... albo nie... od końca, o!
Krótko mówiąc w końcu zmieniam pracę!
Zaczęło się niewinnie. Numer telefonu od kogoś do kogoś (niestety publicznie nie mogę zdradzić, bo obiecałem), jeden dzień wolnego akurat w pracy, więc poszedłem na rozmowę nazwijmy to kwalifikacyjną. Pogadaliśmy na luzie i usłyszałem Zadzwonię do ciebie w poniedziałek. Niczego nie podejrzewając siedziałem wczoraj w byłej (heh, jak to fajnie brzmi) pracy. No właśnie.... Siedziałem... ale o tym za chwilę.
Zamiast dzwonić w poniedziałek zadzwonili już w piątek z informacją Od poniedziałku zapraszamy do pracy. Odpowiedziałem więc, że będę, tylko muszę iść powiedzieć do widzenia szefowej. Tak też zrobiłem. Nie wiem do końca co sobie o mnie myślała, ale mimo wszystko miło chociaż ostatniego dnia pracy dowiedzieć się, że władzy na mnie zależało.
Siedziałem, bo taka to praca była. I nie to, żeby siedzieć przy kompie i zajmować się programowaniem czy czymkolwiek użytecznym, tylko praca jako tzw. zapchaj dziurę, a konkretnie siedziałem na recepcji i to nie pierwszy raz, bo nie ma komu tak siedzieć(sic!). I właśnie stąd taki temat wpisu, bo nie mając innego wyjścia zwyczajnie naśmiewałem się sam z siebie, że stanowisko zobowiązuje i muszę golić nogi :D
Dużo by pisać i opowiadać o tamtej byłej pracy i rzeczach, które tam musiałem robić, ale wolę zapomnieć. Pewnie nie będzie łatwo, powróci nie raz w koszmarach wraz ze wszystkowiedzącym i upartym prawie tak bardzo jak ja Zorrem (wtajemniczeni z lekką znajomością hiszpańskiego wiedzią o co biega ;) ).
Póki co zostawiam to wszystko w spokoju i pewnie tak już pozostanie. Póki co czekam jeszcze na wypłatę za wrzesień, więc spokój może przerodzić się w niemałą i niemiłą (już nie dla mnie) wojnę, ale to tylko ostateczność w postaci obrony przez atak ;) Taki już jestem, że jak mi ktoś nadepnie na odcisk, to po trupach, ale udupię. No ale może nie będę musiał się użerać :]
Co będzie dalej się zobaczy. Jednego jestem niemal pewien, że ani przez moment nie pożałuję tego kroku.
Teraz będę pracował bliżej, od poniedziałku do piątku po 8 godzin, wolne weekendy, urlop (normalnie szok! co to znaczy "urlop"?), zwrot kosztów dojazdu, itp. ale przede wszystkim będę robił to, co lubię, czym się interesuję i to, w czym chcę się dalej rozwijać.
Co z tego wszystkiego wyniknie dowiem się już wkrótce.
Póki co kończę wywód, bo nic mi się już dziś nie chce. Znowu zaczęło się jeżdżenie w weekendy na parodię uczelni.

p.s. Dziękuję wszystkim normalnym z tamtej roboty. Fajnie czasami było ponabijać się z pozostałych - cholernych tchórzy, dupowłazów i kablarzy.